Wieczorny

notatki

Niedostateczny

Konstruktor-inżynier tego odkurzacza powinien używać go do końca swoich dni i to codziennie po osiem godzin. Nie wiem, dlaczego w ogóle dopuścili to urządzenie do sprzedaży. Generalna uwaga – odkurzacz robi to, co chce i z reguły na złość sprzątającemu. Pewnego razu testowałam, czy jak pociągnę go do siebie, to w coś uderzy. I uderzał za każdym razem, nie ominął niczego. Oczywiście też wciąga tylko wybrany kurz, wyselekcjonowane, jedwabne, szare i lekkie. Jest ciężki, nieporęczny a idiota, który go zaprojektował wybrał końcówkę która ma zaokrąglone kształty zakończone szczotkami, które nigdzie nie są w stanie wjechać i czegoś przypadkiem wyczyścić. Nienawidzę go. Kiedy tylko zaczynamy, to jak na ring wkroczyć. Cios za cios, nokaut za nokaut. Nie ma tego końca, który po bitwie sprawia, że świt wstaje łagodny. Zawsze wstaje mroczny i bury. Nie ma katarsis. Jest podły, nadąsany sprzęt agd. Mam tyle siły, żeby go wyrzucić. Mogłabym choćby zaraz, wstać od komputera, ubrać się i wywieźć do utylizacji. Kiedy o tym myślę, jest to pewien rodzaj przyjemności, który mogę sobie dawkować niemal każdego dnia. Jednak nie wyrzucam, może z tego powodu, a może dlatego, że musiałabym kupić następny, a przecież nie wiem, jak bardzo projektant tego nowego – nie znosił swojej pracy.

Reklamy

Nowe życie

Dzisiaj kupiłam kurtkę zimową. Kupowałam ją dwa dni, bo musiałam się namyślić. Udało mi się nabyć we właściwym rozmiarze, zawsze mogło być tak, że już nie będzie. Byłam zadowolona. Potem wydaję więcej na rzeczy zupełnie nieprzydatne, ale może kiedyś będą.

Posuwam się do przodu w lekturze poszukiwaczy złota, nie jest to dobre tempo, ale nie mogę już tej książki porzucić. Niedokończona chodziłaby za mną. Rok się zaczął, widziałam jak ludzie kupują wakacje, a nawet słyszałam. Nadal nic nie czuję względem dalekich podróży. Dużo rysuję, mniej piszę, jeszcze mniej czytam. Późnym wieczorem oglądam nieudane filmy z wczesnymi rolami popularnych obecnie aktorów. Wieczory są do siebie tak podobne, że różnią się jedynie temperaturą za oknem, aktorzy przyjmują te same pozy i miny, czasem noszą kostiumy z epoki, ale to też niewiele zmienia. Wszystko jest dobrze. To wszystko czego chciałam. Znajoma z korporacji dzwoni do mnie raz w miesiącu, obie się cieszymy, że mnie już tam nie ma.

Momenty

Kiedy za długo siedzę, przy wstawaniu boli mnie kolano, dzisiaj lewe, a wczoraj prawe. Myślę, że do okularów dołączają kolejne dolegliwości. Okularów nie noszę, po prostu bardziej się marszczę, ale co zrobić z kolanami? Starość dopada mnie w pewnych momentach. Gdzieś tam podświadomie czuję, że to już. Takie początki. Poza tym jest dobrze, odrzucam oferty wyjazdów zagranicznych, nie wiem, czy chciałabym znów wsiadać do samolotu, w upale wygniatać leżak, troszczyć się o nabycie kremu z filtrem 50. Nie wiem, czy wakacje w tym kształcie są potrzebne. Prawdopodobnie wystarczyłyby mi książki i ławka za domem, w przypadku upałów wysiadywanie w domu. Zamiast wyjazdu wystarczy nabyć klimatyzację. W sklepie odzieżowym widziałam dwie dziewczyny z naręczem sukni wieczorowych. Dopiero po pewnej chwili przypomniało mi się, że jutro sylwester. Zrobiło się widocznie zimniej, potrzebuję nowej czapki zamiast stroju balowego. To ten moment starzenia się.

Samo Zło

Muszę być jakimś demonem, bo skąd brałabym siły, żeby tyle rzeczy robić źle?
– w serniku jest coś źle, bo mogłoby być więcej cukru
– źle że za wcześnie upiekłam chleb
– źle, że nie otworzyłam więcej okien, śmierdzi kapustą w całym domu
– wyprasowałam złą sukienkę
– źle podłączyłam choinkę
– źle że pomalowałam paznokcie, bo przecież trzeba wyjąć pranie
– źle porozwieszałam pranie
– źle, że kupiłam taki tani prezent
– źle, że kupiłam taki drogi prezent
– nieodbieranie tego telefonu to zły pomysł
– wybrałam zły czas na krojenie
– źle odkurzyłam samochód
– źle, że zapomniałam
– źle zapamiętałam
– jak mogę tak źle parkować
– trzeba natychmiast wietrzyć łazienkę, inaczej jest źle
– to zły gatunek sera
Pamiętam więcej rzeczy, które zrobiłam.

Skromność i umiar

Zastanawiam się co dostanę na urodziny. Obracam w głowie rozmaite koncepcje, kawę piję w małym kubku, myślę. I nagle uderza mnie na odlew przypomnienie, że przecież kupiłam sobie w zeszłym miesiącu to piórko do rysowania i ono właśnie jest na jutro. Och. Radość z tak wcześnie wydanych pieniędzy żadna. Nawet czekolady nie powinnam zjeść, która też leży na półce od jakiegoś czasu, bo zniweczę próżny trud. Zatem już wszystko wiadomo. Patrzę na nieposprzątany fragment mieszkania, na odkurzacz i szczotkę do zamiatania. Oczywiście na listę zakupów spożywczych i nie wiem dlaczego trzeba na dwa dni mieć tyle jedzenia, jakby trwały kilka tygodni. Normalnie nikt nie zużywa w dwa dni aż tyle. Święta nie są mi potrzebne, co roku ten sam temat do przerobienia i w dodatku na nie widać poprawy. I jeszcze serdeczne życzenia wysyłane smsami. Jest w tym coś niewłaściwego, ale nie umiem tego nazwać.
Ruszam ze szczotką i szmatą, zagarniam, przesuwam, składam. Podejmuję heroiczną decyzję, że z okazji urodzin zrobię coś dla siebie – nie umyję okien.

Product placement

Teraz mniej słodzę, więc piję małe ilości, żeby jednak czuć, że słodko. Kawa jest w tych głupich, małych filiżankach, których nienawidziłam odkąd je dostałam, herbata w szerokich, gdzie zaraz robi się chłodna, a kto by nie wolał gorącej? Małe ilości napojów słodzonych i woda mineralna. Woda mineralna zimą jest nie do przyjęcia. Lody mogłyby być, ale popijanie czegoś wodą mineralną w zimowe przedpołudnie mrozi. Używam małych łyków, łyczków. Wszystkie kryminały, które obecnie czytuję mają colę light w treści. Jakby się zmówili, nawet autorów sprawdzam i nie rodzina, ani nie to samo wydawnictwo, ale produkt placement identyczny. Ta książka o kopalniach złota mi nie wchodzi, męczę się, ale brnę. Nie widzę powodów do zachwytu, kojarzy mi się z Pustyni i w Puszczy, no może mniej opisów przyrody. Nie mogę załapać rytmu, patrzę wciąż na 17% chociaż dałabym głowę, że od wczoraj przełożyłam kartkę za 100 razy. W stosunku do nagradzanych książek zawsze mam ten rodzaj uprzedzenia, jak się okazuje słuszny. W stosunku do nagród wykazywać należy podejrzliwość.

8325 kroków

Zamiast pracować, po galerii handlowej chodzę w tę i z powrotem, bo sklepy rozsiali nieprzytomnie. I co najgorsze wiem, że jutro też będę tak robić, bo nie mogę się zdecydować, bo nie mam pomysłu, albo za mało pieniędzy. Ostatnio kupowanie mnie uwiera. Nie ze skąpstwa. Boli mnie, że te rzeczy naprawdę nie są nikomu potrzebne, a radość z nich krótka jak zapałka. Coś trwałego kupić jak gdańska szafa, a tu wszystko wymienia się co dwa lata, albo szybciej w miesiącach licząc. A książki to w kilka dni, a nawet jeden. Ponieważ jest ten nadmiar przedmiotów to dla siebie nic a nic. Nie potrzebuję niczego poza ciepłym polarem, który już mam i spodniami, w które jestem tak czy siak odziana. Minimalizuję wszystko, co mnie dotyczy. Nie mam rozmachu, wielkich wizji ani zapotrzebowania. Owszem brylanty oglądam, a nawet złote bransoletki, ale tylko gwoli ciekawości. Nie kupię. Jestem w gronie ludzi, którzy nabywają mąkę tortową zamiast. Stojąc w korku w powrotnej drodze denerwuję się, że straciłam tyle czasu.

Jemy

Dwa dni w tygodniu obiady spożywam w barze mlecznym. Bar położony jest obok apteki, w budynku należącym do spółdzielni mieszkaniowej. Nie jest to znana mi okolica, jedynie ten bar. Pani, która wydaje natomiast zna już i pamięta mój typ na ogórkową i kopytka, czyli albo to albo to i kompot. Jedzenie jest niesmaczne i właściwie nie ma wielkiej różnicy pomiędzy tymi daniami. Obecność tutaj jest jednak dziwnym doświadczeniem, którego nie potrafię sobie za często odmówić. Otóż jestem tam pomiędzy emerytami, a dziećmi z podstawówki. Przychodzi jeszcze jedna asystentka z pobliskiej korporacji, która najczęściej zabiera pudełko mielonych, ziemniaki i buraczki oraz wiele plastikowych widelców. Widelce wraz z papierowymi serwetkami upycha w skórzanej torebce pomiędzy telefonem w obudowie z pieskiem, notatnikiem i wieloma innymi rzeczami, nie zdążyłam wszystkich rozpoznać. Emeryci i dzieci z podstawówki rzadko siadają przy jednym stole, choć to trudne, bo stołów jest jedynie pięć. Ja raz z tymi, raz z tymi. Dzieci najczęściej korzystają z telefonów, a emeryci z kawałków chleba zabranych do zupy prosto z domu. Czekając na swoje, ukradkiem się przypatruję. Ci z zębami jedzą twardawe frytki, inni miększe ryby w panierce. Pani w okienku do przyjmowania brudnych naczyń również patrzy. Ona jakoś bardziej podejrzliwie. Przeważnie się spieszymy i nikt z nikim nie rozmawia, w przypadku posiadaczy telefonów to zrozumiałe, ale Ci bez nich też nic sobie nie opowiadają. Pani od wydawania starszym i dzieciom zupy przynosi na miejsce, a ja muszę sama. Jest to rodzaj dyskryminacji zostawić mnie z parującym i po brzegi pełnym talerzem. Muszę nim manewrować nad głowami, nie pamiętam, czy mam wykupione takie OC. Często parzę sobie palce. Zupy naprawdę są gorące. Ludzie bez nadciśnienia dosalają. Dziś czytam, że można zamówić uszka i barszcz. Czerwonym flamastrem jest napisane, że 25 i 26 grudnia bar nie jest czynny, bo wtedy są święta.

Z łosiem

Trzeba pisać przez godzinę dziennie, podobnie jak rysować, te same powtarzające się ćwiczenia czynią mistrza. Do rysowania używam coraz dziwniejszych i droższych narzędzi, które w sumie niewiele mają wspólnego z kartką i papierem. Do pisania klawiatury. Nie wiem, gdzie się podziały ołówki i notesy. To znaczy też je mam, ale nie używam. Jak zawsze, znajdzie się wymówka.
Bardzo wcześnie rano kupuję u pani w sklepie zoologicznym jedzenie dla kota. Pani jest zdziwiona, że ja jestem zdziwiona jej tak wczesnym przybyciem do pracy. Pani jest fachowcem, mówi stanowczo, krótkimi zdaniami: podmiot-orzeczenie-przydawka. Nic niezbędnego tam nie wkłada. Doradza mi jakby od zawsze znała kota, a ja przecież tu pierwszy raz. Karmę z dodatkiem łosia, kangura czy byka też mi pokazuje, ale wydaje mi się, że obie nie wierzymy w takie cuda. Niemniej egzotyczne bardzo dobrze się sprzedaje. A gdyby z dodatkiem złotej rybki z okazji świąt? Biorę tę z zawartością 99,6% mięsa. I tę z łosiem w końcu też. Nagromadziłam wszystkiego z naddatkiem, a kot nieduży i zejdzie mu wiele czasu zanim posmakuje każdego. Tak nas porównuję: zdecydowanie rzadziej nudzę się tym samym jedzeniem i mogę każdego dnia zjeść kanapkę z pomidorem. Kot ze swoim wyrafinowanym podniebieniem bije mnie na głowę. Z braku lepszego tematu do ćwiczenia zanotowałam menu.

Bot

Po śniadaniu to nie wiadomo, co robić najpierw. Wybieram popiół, wynoszę śmieci, książkę czytam, ale tylko jakieś 2%, potem muszę odwiedzić witryny internetowe. Czas schodzi, aż chleb mnie zawoła, bo w międzyczasie piekę chleb. Wyjmuję chleb i znowu internet, sprawdzam swoją stronę, ale odwiedzają mnie tylko roboty. Nowa kategoria autorów pisze dla botów. Po części intrygujące, po części smutne. No bo czego jeszcze te roboty nie czytały?
Przenoszę biurko dalej od okien, bo przy tym wietrze, to zimno prosto w palce na klawiaturze. W tym tygodniu planuję nie widzieć ludzi, nawet kasy samoobsługowe wybieram w sklepie, a prezenty dla ludzi z przyszłego tygodnia, bo to już święta, robię w necie. Kupić można wszystko. Ale aż tyle nie potrzebuję. Sąsiad zaparkował samochód do przewożenia koni wyścigowych, tu szykują się widać szybkie święta. Słońce wychodzi, pierwszy raz w tym roku odsłoniłam to okno, jest egzotycznie. Wcześniej nie było warto, bo monitor nic nie pokazywał. Dzięki przesunięciu mebli, zyskuję nowe widoki – takie jak dach i kawałek nieba. Chmury po niebie szybciej niż samochody poniżej. Boty z pewnością wiedzą, że nadchodzą święta, znają słowa: choinka, prezenty, tradycja, okropna ciotka, karp, jak długo jeszcze, życzę Ci. Trudno tu czymś zaskoczyć. Możliwe, że nie będzie śniegu, możliwe, że wróci na wielkanoc. Słowa: odśnieżać, łopata, spokojnych i zdrowych.